A teraz tak na spokojnie i bardziej obszernie o sobie :)

1997 rok.. Mam 16 lat i poznaję człowieka, który ma dobermankę,..ja zagorzały miłośnik owczarków niemieckich. Po dłuższym poznaniu tej suczki stwierdzam, że nie ma nic lepszego niz owczarek, który jest psem z rozumem w przeciwieństwie do tej suki, która jest agresywna i nic nie umie... Stwierdzam także na głos, że "jak bym miała dobermana, to bym Ci pokazała jak powinien być wyszkolony". Skończyła się znajomość i skończyły się cytaty :) Do 1999 roku ani myśle posiadać dobermana, uważam tą rasę za "niebezpieczną" i realizuję się w pracy z owczarkami, zaprzyjaźniam się z policjantami - przewodnikami i szkolę ich metodami własnego owczarka typowo do pracy użytkowej (obrona). O dobermanie mam zdanie, że w życiu nie chcę mieć z nim nic do czynienia..paradoks...

1999 rok.. wyruszam jak co tydzień na zwiedzanie zwierzęcego targu, zimno, nudno, ponuro, między innymi handlarzami nieśmiało stoi obskórny facet i stara się sprzedać coś, co przypomina dobermana, lecz to "coś" jest obrazem nędzy i rozpaczy, jest siwe od łupieżu, zachudzone, trzęsące się. Po chwili rozmowy biorę Ją na smycz i odchodzę, wstyd mnie ogarnia kiedy mijający mnie przechodnie myślą, że jej wyglad to moja "zasługa". Weterynarz, 16 kg, skrajne zarobaczenie, odwodnienie, na sierści nie tyle łupież co wapno, które wypaliło skórę... Wiemy, że Rendi ma 6 lat.. nie wiemy jednak, że to nasz początek z dobermanami i miłość na całe życie. Rendusia to typ, który nie związuje sie emocjonalnie z nowym domem, wszędzie jest jej dobrze, gdzie dostanie strawę i kocyk. Co mnie napadło wziąć dobermana ? Przecież to nie jest "moja rasa" ! Czy litość ? Czy też wspomnienia i chęć udowodnienia sobie, że można wyszkolić dobermana tak, aby móc być dumnym ?

Nastaje 2000 rok, myślami jestem już przy nadchodzącym sezonie agillity, treningach z moja owczarką, która dość dobrze się zapowiadała, niestety "drużyna" oznajmiła, że nie mogę uczestniczyć w zawodach bo owczarka nie posiada rodowodu. Zatem powstaje pomysł na zakup psa z rodowodem. Może dobermana ? Są szybkie, zwinne, zdecydowanie lepsze niż 45 kilogramowy owczarek niemiecki. Odwiedzam nasz ZK nieśmiało, nie mam wiedzy, nie mam odwagi,..jedyne co wiem, to że nie chcę szczeniaka, ale podrośnietego psa. W ZK spotykam przemiłego pana, który uswiadamia mnie, że obecnie nie ma nikt na sprzedaż podrostków, ale oczekiwany jest miot po jego psie i suni z Leszna. Decyzja zapadła.. W tamtym czasie nie mając wiedzy ani doświadczenia przy wyborze szczeniaka mogę jedynie powiedzieć UFFFF, ponieważ miałam więcej szczęścia niż rozumu. Czerwiec .. do domu przyjeżdża Arlenka, ja niestety przywykłam do owczarków, które nie miały nigdy tego temperamentu i robię błąd za błędem, starając się z dobermana zrobić owczarka, wyspokoić na siłę normalnego psa. Druzyna agillity rozpada się, moje plany prysnęły jak bańka mydlana, pozostało pytanie co teraz ? Skoro agillity nie możemy to może obrona ? Tak, to mnie zawsze "kręciło", pies miał być groźny i bronić.. Na szczęście spotykam na swej drodze szkoleniowca, który wyjaśnia mi, że obrona - tak, ale sportowa. Wchodzimy w to. Arlenka uczy się doskonale, pięknie tropi..na draże orzechowe (?). Obrona to jej żywioł, bez problemu dogadujemy się w posłuszeństwie. Po kursie zdajemy dość ładnie IPO1. Nasz trener jednak uznaje, że to na tyle, że pies nie podoła zdaniu IPO2. Był w błędzie, nie ma dla mnie rzeczy niemozliwych. Kupuje rękaw, klina, i szlifuje psa sama, nie mamy deptaczy, ślady do końca układam na siebie. Egzamin zdaję ze złotym medalem i doskonałymi punktami. Niestety fatalna w skutkach kontuzja Arleny, spowodowana spotkaniem z pozorantem, który nie jest w stanie przyjąć poprawnie tak szybkiego psa powoduje odunięcie od sportu na cały rok. Po tym czasie wiedziałam juz, że Arlen nie jest juz tak zdecydowana i chętna do pracy, owszem pracowała ale nie sprawiało jej to tyle przyjemności. Zatem odpowiedź była jedna..

Hodowla. Pierwsze krycie, pierwszy miot w 2003 roku, decyzja o pozostawieniu jej córki - Heski i marzenia o IPO3. Arlena zakończyła karierę więc poświęciłam czas Hesce, która nie miała w sobie takiej zaciętości i bojowości co jej matka. Jednak treningi przyniosły efekt i zdalismy IPO1, następnie IPO2. Niestety błędy popełnione przy szkoleniu, brak odpowiedniego pobudzenia i motywacji uniemozliwiły nam zdanie IPO3. Startowalismy krótko w Obedience, ale nie sprawiało mi to radości, nigdy nie kręciło mnie samo posłuszeństwo. Heska została sunia hodowlaną i zakończyła karierę w obronie.

W międzyczasie Heskowej kariery w 2004 roku przegladając internet zapragnęłam aby zamieszkała u nas dziewczynka ze zdjęcia...obserwując jedynie fotki, nie kontaktujac się wcześniej z hodowcą postanowiłam, że Malina będzie moja. Uprosiłam mamę, no i dzięki uprzejmości Valentiny - właścicielki ojca szczeniat udało nam się sprowadzić Malinę z dalekiego St. Petersburga. Zaczął się "koszmar" mojego zycia. Przybyła do mnie choleryczka, która nijak nie pasowała do moich wyrównanych, zrównoważonych suczek, już wtedy wiedziałam, że pogłebienie wiedzy szkoleniowej nad wyraz mi się przyda. Malina starała się pozbawić mnie ostatnich cząstek wytrzymałości psychicznej swym charakterem niezależnego psa. Jej wyszkolenie zabrało mi mnóstwo czasu i energii, ale było warto. Jej twardość, nieustepliwość, zdecydowanie i "francowata" natura pomogły nam stac sie przyjaciółkami, które razem dosięgną celu. Po wielu trudnych latach zdałyśmy IPOV oraz IPO1. Startowałysmy w zawodach PT. Jednak Malina ponad wszystko kochała obrone, potrafiła zapomnieć o świeżo urodzonych szczeniętach, potrafiła nie jeść, nie pić byle by tylko dopaść swój umiłowany rękaw. Zostało jej to do dziś. Rosyjska krew zawładnęła mną i nie wyobrażałam sobie, abym mogła mieć w domu psy o słabszych predyspozycjach do pracy.

W miedzyczasie w 2005 roku przybyła do mnie z Ukrainy kolejna sunia, która "trzymała mnie przy życiu". Czara... Przyjechala w wieku 8 miesięcy, zepsuta, twardogłowa istota, która za nic nie chciała się podporządkować istniejącym u nas zasadom, zawsze miala własne zdanie na każdy temat, także w szkoleniu była wyjątkowa, nie tylko nie chciała się szkolić ale i robiła wszystko abym to ja dla niej pracowała. Współpraca z nią była niezmiernie trudna i bez efektów. Podjęłam jednak rękawice...Odeszła Rendusia, miała 12 lat....

Rok 2006, jest z nami Arlenka, Heska, Malina i Czara, szkolimy się i wystawiamy. Rok 2006 to także rok przeprowadzki, spełnienia marzeń o posiadaniu domu z ogrodem, o placu szkoleniowym, o własnym hotelu dla psów. Żyć nie umierać, jednak marzenia sie spełniają, czasami przypadkiem. Czułam się jak pączek w maśle,.. własny dom, ogromny ogród, który przerobiliśmy na plac szkoleniowy, fajni sąsiedzi podzielający moją pasję i moja gromadka wspaniałych psów, których oczy lśniły podczas każdego spaceru do lasu oraz kiedy mogły spędzić na powietrzu więcej czasu, szczególnie treningi mogły sie odbywać kiedy tylko sobie zapragnęłam. No a także było to rok rozpoczęcia mojej współpracy z doskonałym czeskim szkoleniowcem Liborem, który otworzył mi oczy na wiele kwestii oraz pomógł podnieść kwalifikacje, równocześnie moje psy zaczęły mieć coraz lepsze wyniki w pracy.

Rok 2007 to rok podjęcia trudnej decyzji. Bardzo złe nawyki Czary z poprzedniego domu oraz brak możliwości współpracy na większą skalę przyczyniły się do podjęcia decyzji o oddaniu jej w dobre ręce..Trafiła w odpowiednie ręce, do ludzi, którzy mieli więcej cierpliwości i ochoty na prostowanie jej charakteru i nawyków. To także rok miłej, aczkolwiek nieoczekiwanej niespodzianki. Dostałam meila, w którym Valya pokazała mi miot po swym psie Titanie, miot jedynie do oceny, nie było mowy o jakimkolwiek zakupie. Podobała mi się z tego miotu jedna suczka, która nieoczekiwanie, bez wcześniejszych ustaleń przyjechała do mnie z Ukrainy. Nie była ani zamówiona, nie miałam w planie kolejnego psa ! Spontaniczna decyzja Valyi i Janka była u mnie. Przyjechała jako prezent :) Co by nie mówić, trafiła mi się gwiazdka z nieba, zrównoważona sunia, z doskonałym socjalnym charakterem, kochająca wszystko i wszystkich. Nie mogłam od życia chcieć niczego lepszego niż taki egzemplarz.

Rok 2008 to także rok naszej prywatnej tragedii. Odeszła od nas założycielka hodowli oraz moja największa przyjaciółka, która towarzyszyła mi w różnych chwilach mojego życia, tych miłych i tych złych, była zawsze przy mnie, wspierała mnie. Niestety przegraliśmy tą nierówną walkę z nowotworem. Arlenka poddała się i nie chciała już walczyć, uszanowałam to i przeprowadziłąm ją przez Tęczowy Most. Nigdy się tak podle nie czułam. Podjęcie decyzji o eutanazji Kogoś, dzięki któremu czulam, że kocham było dla mnie zbyt trudne. Jednak szacunek dla Niej wymógł na mnie tą decyzję. Pustka po Arlenie była nie do przyjęcia, ale na szczęście była z nami Hesia, Malina i Jana. Dodatkowo mimo wszystko tęskniłam za Czarą i jej pięknym czekoladowym kolorem sieści, więc z kolejnego miotu Maliny zostawiłam sobie Demę. Temperamentu jej nie brakowało, co przyprawiało mnie o zawrót głowy...Wiedziałam, że nie będzie z górki. Dema pokochała i wybrała mnie na swojego przewodnika i współpraca z nią była wspaniała. Cztery sunie to już "dość", jednak splot wydarzeń zaowocował nowym "planem" zakupu samca. Wiedziałam już, że ma to być samiec z krwi i kości a nie żadna podróbka, wiedziałam, po jakiej suni wezmę psa, dodatkowo wybór ojca spowodował, że decyzja zapadła momentalnie i była ostateczna i tak oto pod koniec 2008 roku zamieszkał ze mną Pan Redo, pies z doskonałym socjalnym charakterem, mający to coś, tą iskrę w oku. Pies miły i niekonfliktowy, kochający obronę.

I tak oto skończył się 2008 rok rok a zaczął 2009. Rok egzaminów, kolejnych obozów, dni szkoleniowych. No w zasadzie rok jak rok, nic ciekawego, hodowla idzie do przodu, szkolenia także, jednak pod koniec roku wyprawa na Węgry i krycie Jany spowodowało, że zechciałam mieć jej córkę. Jednakze po 8 miesiacach Nadia zmieniła dom i zamieszkała u moich serdecznych przyjacioł wraz z ich sunią Jamajką.

Rok 2010, kurcze, to już 11 lat przygody z dobermanami. Nie czuję tych lat, nadal się ucze i uczyć będę. Żyję w otoczeniu moich największych przyjaciół - dobermanów. Mieszka ze mna sześć serduszek, które biją tylko dla mnie, które swoją obecnością i miłością potrafią czynić cuda i pomagają zmierzyć się z dniem codziennym. Jest to rok pełny planów nie tylko szkoleniowych ale także i wystawowych. Moja teoria hodowlana zaczyna zmieniać tory, zaczynam poważnie myśleć o ukierunkowaniu sie choć częściowo na linie użytkowe, krycia już nie są podyktowane uzyskaniem "pięknych i mądrych psów", które nie wniosą do hodowli nic więcej niż podstawy. Zaczynam myśleć o kryciach czeskimi i niemieckimi psami, których rodowody pełne sa wartościowych psów i suk mających coś więcej niż IPO1. Ten plan wdrażać będę powoli ale do skutku. Początek roku to także wielka niespodzianka. I na tej niespodziance zakończe ilość posiadanych psów na kilka lat. Dostałam informację, że na nowy dom czeka sunia, której rodowód zaćmił mi logiczne myślenie. Jej pochodzenie jest w naszym kraju unikatowe i postanowiłam, że będzie moja. Typowa czysta uzytkowa linia, zawierająca same IPO3, SchH3. No niestety nie mogłam się oprzeć. Sunia trafila do mnie w styczniu w tragicznym stanie fizycznym, jednak po kilku tygodniach zaczęła wyglądac jak normalny pies. Jej charakter to miód na moje oczy, zrównowazona, bez choleryczności z wyjatkowym zacięciem do pracy. Czy mozna chcieć od życia czegoś więcej niż spełnionych marzeń ?

c.d...2010 powoli sie konczy, w miedzyczasie tak zwanym zmienilam zdanie na wiele tematów - w tym posiadanej ilości psów dziesiątki razy.... I tak oto do naszej hodowli dolączyla doskonałej jakości sunia...
Córka naszej Demy, wynik doskonałego krycia psem Breed for Jahrestal v Nobel Line..
Buka exterierowo jest klonem swojej....BABCI czyli Maliny, takze temperament odziedziczyła po babci. Tym samym decyzja byla natychmiastowa - zostaje.... Ramy się zamknęły. I gdyż życie mnie nauczyło nigdy nie mówić nigdy to tym razem mowię STOP.
.... Czyżby..?